„Skoro dla nas chrześcijan śmierć nie oznacza końca, musimy ją przeżyć, czyli kontynuować życie po śmierci. Powinienem więc jak najlepiej przygotować się do tego, żeby się przez śmierć przecisnąć. Do mnie samego przemawia porównanie śmierci do narodzin. Zauważ, że dla dziecka sam proces narodzin wcale nie jest radosnym doświadczeniem. Przeciwnie, to trudne przeżycie – znamy przecież tylko brzuch naszej matki od wewnątrz, tam żyjemy w przyjaznym środowisku, ale w końcu robi się tam za ciasno. Przeciskamy się przez wąski kanał rodny (to boli matkę, ale zapewne również dziecko!) – nawet główkę mamy plastyczną, z ciemiączkiem bo to nam pomaga przedostać się na świat. Pierwszy krzyk dziecka, tuż po narodzinach, wcale nie jest krzykiem radości, ale najprawdopodobniej przerażenia, bo atakują go zimno, światło i zupełnie inna rzeczywistość, która swą intensywnością milionkrotnie przekracza tę z brzucha matki. Jednak później, kiedy zaczynamy dorastać, nie chcemy się już cofnąć – nie chcemy z powrotem wrócić do brzucha naszej matki. Być może pozycja embrionalna, w której czasami śpimy, to podświadoma tęsknota za poczuciem bezpieczeństwa z czasów życia płodowego.

Podobnie jest ze śmiercią – ona sama może być procesem budzącym lęk, wręcz przerażającym. Właśnie tego procesu i ja sam się boję. Nie boję się bólu, bo wiem, że można go dziś dobrze kontrolować, nie boję się samotności, ponieważ mam kochanych najbliższych i przyjaciół. Mój lęk budzi sam proces umierania – to, że na przykład będę nielogiczny; że będzie mi smutno albo że będę przerażony, bo zobaczę piekło. Ale z drugiej strony przejście przez śmierć budzi też moją ciekawość.”

/śp. ks Jan Kaczkowski „szału nie ma, jest RAK”/