nie rozumiem dlaczego od dawna nie mogłam zalogować się na tą pojebaną (za przeproszeniem) stronę. że tak powiem kurwa.

 

wszystko diametralnie się zmienia. nie nadążam za czymkolwiek.

pojutrze nowy rok. ktoś w ogóle wie kiedy przeminął „stary”?

 

z innej beczki. wkurwia, tak właśnie – wkurwia mnie to, że nie mam w ogóle czasu dla siebie, bo nikomu nie potrafię odmówić. to, że „siedzę” w domu to nie znaczy, że nie chcę pracować! ja pierdole, czy wyglądam na szofera? tak mnie ostatnio nazwano, co totalnie mnie rozzłościło, niestety tylko wewnętrznie, a nie chce mieć konfliktów z rodziną.

nie przypominam sobie takiego tygodnia, w którym nie miałabym mniej niż dwóch „wyjazdów” (a więcej też się zdarza). w ciągu 5 dni roboczych zostają mi tylko 3 dni, bo w weekendy szkoła. dodatkowo nauka i jakieś drobne prace w domu (sprzątanie, czasem gotowanie, prasowanie, i tak wkoło). a kiedy do cholery mam robić biżuterię, albo cokolwiek innego? nauki w cholerę dużo, bo sesja się zbliża, zaliczenia i „takie tam” egzaminy.

ok, rozumiem gdyby mi chociaż za benzynę zapłacili. wyglądam na instytucję charytatywną? skąd mam brać skoro nie zarabiam, bo nie mam na to czasu? czekoladki mnie nie rajcują, nie wepcham ich do baku, a w odchudzaniu też nie pomogą.  fakt, niektórzy rzucą grosza, więc nie będę mówić, że nie, ale nie wszyscy. a cały dzień mam przeważnie zjebany na „szoferowanie”, albo zabawianie dzieci. Lubię to, bo lubię dzieci, ale kurwa. są granice.

w święta nawet na chwilę nie usiadłam. wigilia i pierwszy dzień u mnie. przygotowań mega dużo, chciałam też kilka ozdób porobić, to wszystko na szybko i po nocach. zaraz po świętach dzieci, nawet nie odespałam zerwanych nocy. teraz też, jak głupia siedzę, jest wpół do 4 (nie 15:30, tylko 3:30!).

 

dodam jeszcze fakt, że jak mówię, że chcę posprzątać, albo zrobić cokolwiek nowego, nie wiem ozdobę, kolczyka, pierścionek czy cokolwiek durnego to słyszę tylko „a co Ty możesz mieć do roboty +głupkowaty uśmieszek”. no chyba mogę coś mieć, świat kręci się wokół każdego, każdy ma swoje potrzeby i obowiązki. a po takich podróżach i zrzędzeniu to na prawdę marzy mi się tylko kąpiel i łóżko. raz byłam z pewną osobą (z rodziny) na zakupach „przedmikołajowych”. nie dość, że moim autem, moją benzyną i moimi nogami chodziłam po debilnych sklepach z rzeczami, które totalnie mnie nie interesują to jeszcze musiałam słuchać głupich komentarzy i ciągłych pytań, czy jej/jemu spodoba się prezent. wyglądam na wróżkę czy szofera? zdecydujcie się. i uwierzcie, kilka godzin chodzenia. marudzenia i jeżdżenia. generalnie nie da się tego spokojnie przełknąć. (tak wiem, zaczynam mówić jak typowy facet, który nie lubi zakupów. żałosne!)

być może krzyczę to wszystko pod wpływem emocji, bo w końcu „dorwałam” bloga po poprzednich próbach logowania się i później będę żałować, że zbyt wiele powiedziałam, na razie spływa to po mnie z góry do dołu.

 

wykrzyczałam się i aż mi lepiej.

 

ps. zajebiście nie chce mi się uczyć.

i jestem zła, mówię brzydko. nie rozmawiajcie ze mną -,-

ps.2. widziałam dziś kolegę z gimnazjum! jejku! z gimnazjum! masakra kiedy to było i jak wszystko zmieniło się od tamtego czasu. ale tak nagle jakby przeleciał mi kalendarz wstecz i przypomniałam sobie jak to było.. nie wiem czy lepiej czy gorzej, ale na pewno inaczej. i na pewno ja byłam inna. inna niż teraz.